Judyta Dąbrowska
Sztuka przywracająca życie. Polska wystawa towarzysząca Biennale: Lech Majewski, Ultimum Iudicium w Wenecji
Wystawa – palimpsest Lecha Majewskiego ma nam przypomnieć tyleż o sprawach ostatecznych, co o od-wiecznym splocie kultur, przypadku rządzącym zaistnieniem i popularnością dzieł zyskujących status narodowego symbolu, jak również o współczesnych powidokach owego abstrahowanego od przedstawianej treści dzieła-mitu – który na nowo staje się żywy – zamkniętych w kilku filmowych kliszach. Te zaś, umieszczone w przestrzeni późnorenesansowego weneckiego kościoła San Gallo, konstruują także per se obraz współczesnej ikonosfery, naszej percepcji, stosunku do tradycji, achronologicznego i nielinearnego przemieszania wątków z szeroko, czasowo i geograficznie, pojmowanej przeszłości. Wszystko to z poszanowaniem instytucjonalnego charakteru ekspozycji, nie bez aury zabytkowego miejsca i z właściwymi instytucji muzealnej godzinami otwarcia dla zwiedzających.
Palimpsest
Znajdująca się w bliskim sąsiedztwie Piazza San Marco i
towarzysząca tegorocznej (2026) Biennale Sztuki ekspozycja Majewskiego, tym
bardziej musi być oszczędna w wyrazie, im więcej treści próbuje przekazać. Mamy
tu do czynienia z sięgnięciem po dzieło o statusie bezapelacyjnym i historii
tak bogatej, że sam gest wyboru domaga się osobnej analizy, stanowiącej
pierwszy krok do zrozumienia całego zamysłu. Istotną kwestią jest tu bowiem nie
tylko dzieło Hansa Memlinga, ale również jego wyeksponowanie tu i teraz. W ten
sposób na chwilę uciekamy od narzucających się okowów suchej analizy dzieła
bytującego w neutralnej przestrzeni galerii, w stronę ożywczej refleksji na
temat tego, co ono dziś dla nas znaczy i może znaczyć w zależności od
kontekstu, w którym je umieścimy.
Drugim tropem jest tu także twórczość samego Majewskiego,
artysty intermedialnego, poety, pisarza i malarza, którego reżyserskie
wykształcenie ponadto skłania (już nie po raz pierwszy) do przenoszenia znanych
nam skądinąd obrazów na film – sam będący przecież sekwencją obrazów ruchomych
– co pozwala uzyskać efekt żywotności statycznych ikon kultury i wyprowadza nas
w obręb nowych, interesujących pytań o współczesny sposób odbioru sztuki, wiarę
w jej znaczenie oraz, szerzej, o miejsce twórczości narodowej w kontekście globalnej
wymiany artystycznej, a także znamiennej dla naszej współczesności potrzeby jej
masowej popularyzacji. W dalszej konsekwencji prowadzić może także do pytania,
czy dziś rozróżnienie pomiędzy sztuką a nie-sztuką uzyskać można wyłącznie w
drodze historycznej weryfikacji, odgradzając to, co współczesne, od
partycypacji w owym nieubłaganie uhistoryczniającym się, a zatem i tracącym na
aktualności zbiorze.
Trzecim wreszcie, niemniej istotnym tu aspektem interesującej
nas kwestii, jest wspomniany kontekst wystawienniczy – i to podwójny: kościół
oraz Wenecja w trakcie Biennale. Immersyjnemu doświadczeniu Ultimum Iudicium poddani jesteśmy bowiem
we wnętrzu sakralnym, gdzie z uwagą możemy śledzić szczegóły znanego nam
tryptyku. Naszym oczom ukazują się zbliżenia niemożliwe do uchwycenia w
zwykłych warunkach ekspozycji, tutaj zaś wyciągnięte na plan pierwszy za pomocą
odrębnego „oka” kamery, tworząc rodzaj wideofresku (powtarzającego, choć w
sposób sfragmentaryzowany, układ całości). Można powiedzieć, że w istocie nic w
naszym modelu recepcji dzieła sztuki się nie zmieniło, a jedynie zostało
poddane dodatkowemu zapośredniczeniu. My zaś wciąż, tak jak to było od wieków,
kontemplujemy dzieło o tematyce religijnej we właściwym dlań miejscu – co
więcej, tryptyk Memlinga, będący przecież nastawą ołtarzową, niejako odzyskuje
w ten sposób swój potencjał wzbudzania religijnej kontemplacji zgromadzonych
wokół niego wiernych. Nasuwa się pytanie, czy zatem wolno nam było pozbawić
obraz jego pierwotnego przeznaczenia?
Intrygująca historia samego artefaktu tylko pogłębia te
refleksje. Jak wiemy, dzieło Memlinga nigdy nie znalazło się na miejscu, dla
którego zostało stworzone. Wykonane w Brugii w latach 1467-73 na zamówienie
florenckiego bankiera Angela Taniego dla przyozdobienia kaplicy Medyceuszów w
kościele św. Bartłomieja w Badia Fiescolana pod Florencją, już w drodze do
Włoch zostało przechwycone wraz z całym statkiem przez gdańskich kaprów i
przekazane członkom tamtejszego Bractwa św. Jerzego, którzy ofiarowali je
następnie Bazylice Mariackiej. Po kolejnych perturbacjach wojennych tryptyk w
1958 roku znalazł się w Muzeum Narodowym. Obecnie zaś, dzięki weneckiej
wystawie Majewskiego, niejako kontynuuje swą podróż, a nawet zbliża się do
zaplanowanego dlań przed ponad pięciuset laty miejsca. Nawet jeśli dokonuje się
to w postaci zapośredniczających obraz materialny klisz filmowych, wytwór
niderlandzkiego artysty XV wieku dowodzi swej nieustannej żywotności, bo jest – w takiej postaci, jaka w
dzisiejszej, w znacznym stopniu wirtualnej już rzeczywistości staje się także
istotną formą bycia.
Przeszłość a
teraźniejszość
Zarysowane powyżej konteksty prowadzą do swoistej
metarefleksji nad samym sposobem funkcjonowania dzieła Memlinga jako już
zasłużonej ikony kultury w świecie, w którym bagaż historycznoartystyczny
zaczyna przesłaniać pierwotne przeznaczenie sztuki, jakim miało być proste
wzruszenie i namysł. Pytanie, jak odbierać dzieło, które z muzeum powróciło do
miejsca kultu, powinniśmy zatem zastąpić pytaniem: jak przed obrazem być? Odrzucając
ciężar instytucjonalny galerii sztuki oraz samej sztuki, możemy nareszcie
poddać się doświadczeniu samej odmalowanej sceny Sądu Ostatecznego, w jej
grozie, biblijnym oraz kulturowym znaczeniu (na co wskazuje choćby posłużenie
się przez twórcę wideofresku łacińskim tytułem). Potrzeba nam bowiem powrotu do
tego, czego jako ludzie najbardziej potrzebujemy: poczucia prawdziwego lęku
wobec wzniosłości naszego przeznaczenia, bowiem droga do odnajdywania sensu
wiedzie właśnie poprzez właściwe przeżywanie tego, co tu i teraz. O tym mówią
nam znaki zapisane w dziełach sztuki, zatem pozbawianie właściwych im
kontekstów sprawia, że nie mogąc ich doświadczać, w istocie nie czujemy, a więc
nie żyjemy naprawdę. Żyjmy zatem poprzez dzieła,
nie tylko wśród nich.
To zatem dzięki powrotowi do szczegółu, dokonywanemu tu przy
pomocy obcego oka – oka kamery, za którym stoi oko reżysera, dostajemy się
ponownie do wnętrza historii przepełnionej prawdziwym sensem, potwierdzonym
prawdą naszego rzeczywistego doświadczenia, istniejącą tu na równi z prawdą
ukazanej sceny Sądu – który przecież także ma się dokonać naprawdę. Koncept Majewskiego polegający na potraktowaniu
artefaktu, w tym jego szczegółowej analizy, jako punktu wyjścia dla historii,
czynnika ożywiającego relacje międzyludzkie i autentycznie wpływającego na bieg
zdarzeń, mogliśmy zaobserwować już w jego filmie Ogród rozkoszy ziemskich, którego akcja wręcz zawiązuje się dzięki
fascynacji bohaterów innym słynnym tryptykiem. Obraz, któremu wraca się życie
poprzez uważne wgłębianie się w jego symbole, ma szansę odzyskać autentyczną
sprawczość. W Ultimum Iudicium
artysta pokazuje nam, że to nie tylko przedmiot atrakcyjnej koncepcji
narracyjnej, filmowej czy literackiej fikcji – podobne wydarzenia mają szansę
stać się także elementem naszej faktycznej realności.
Umieszczenie wystawy w towarzystwie miejsca i czasu weneckiej
Biennale 2026 pozwala w równym stopniu zastanowić się nad wspólnotą potrzeb
dostrzeganych i realizowanych współcześnie przez sztukę. „In Minor Keys” –
tytuł przewodni ekspozycji w Giardini Pubblici, zaproponowany przez jej
kuratorkę, Koyo Kouoh, ma wskazywać na potrzebę ponownego wsłuchania się w
delikatne, ledwie dosłyszalne już dziś głosy natury i ich konwergencje.
Dosłowne tłumaczenie tej frazy – „w tonacjach molowych” – odnosi także do
konieczności zatrzymania się, refleksji i kontemplacji. Powrotu do pierwotnych
poruszeń, powstających w efekcie skąpego gestu, wychwytywanego tylko dzięki
podstawowej uważności. Majewski, sytuując się w polifonicznym rozlewie głosów
podejmujących to przesłanie, nie odrzuca jednak en bloc dorobku kulturowego. W zakurzonych i zdawałoby się,
wyzyskanych już do cna, a więc skostniałych kulturowych symbolach dostrzega –
podobnie jak uczestnicy Biennale w naturze – tlący się wciąż potencjał życia.
Nieoczekiwanie bowiem okazuje się, że to o nim właśnie najłatwiej dziś
przychodzi nam zapomnieć.
POST COMMENT